Cały poprzedni tydzień chodziliśmy razem z mężem na piechotę. Nie, nie o to chodzi że popsuły nam się auta, albo że strajkowała komunikacja miejska w Krakowie.

Nie. Wyprawiliśmy się w siedmiodniową Drogę, całkowicie dobrowolnie. Mieliśmy potrzebę fizyczną, psychiczną i duchową, żeby to zrobić. Planowaliśmy to od dawna zainspirowani hiszpańskim Camino de Santiago de Compostella. Wytyczyliśmy szlak (Jasna Góra), zrobiliśmy przygotowania i ruszyliśmy. Dotarliśmy do Celu w rocznicę naszego ślubu.

Nie było specjalnie słonecznie , a deszcz dopadł nas kilka razy, było raczej chłodno. Raz nawet grad jak przysłowiowe kurze jaja przebił dach przystanku, na którym się schowaliśmy. Droga była chwilami piękna, chwilami uciążliwa. Obolałe stopy dawały się we znaki. Kwatery wynajmowane po drodze dalekie były od naszych standardów. Ale za to spotkania na trasie z ludźmi były bardzo niezwykłe. I plecaki udało się zapakować minimalną ilością rzeczy (też ciekawe doświadczenie).

Przeszliśmy nasze polskie „camino”, naszą własną, osobistą Drogę. Wytyczając szlak.

Poszliśmy tak naprawdę po to, żeby znów wrócić do oglądania świata w normalnym tempie i rytmie. Chcieliśmy chłonąć przyrodę i siebie nawzajem. Mieć czas dla siebie na rozmowę i milczenie. Chcieliśmy coś zrobić dla naszych zasiedziałych ciał (a zarazem zagonionych – to dopiero paradoks!) i dla naszych dusz, które wedle przysłowia miały okazję teraz nas dogonić.

Historia o duszy na którą trzeba poczekać jest taka: „Pewnego razu zachodni turyści postanowili wejść na Mount Everest. Wynajęli Szerpów, by nieśli ich bagaże. Posuwali się szybko w górę, ale w pewnym momencie Szerpowie usiedli i nie ruszają się z miejsca. – Co się stało – zapytali zdziwieni turyści. – Nic – spokojnie stwierdzili Szerpowie. Po prostu szliśmy za szybko i nasze dusze zostały z tyłu. Teraz musimy na nie poczekać.”

No więc my wysiedliśmy z naszych samochodów, żeby spokojnie przyjrzeć się na nowo światu i sobie – idąc.

W drodze prawie nie robiliśmy zdjęć. Jeśli już to nie otoczeniu, nie spotkanym ludziom, nawet nie tak bardzo pięknym krajobrazom jury krakowsko-częstochowskiej. Robiliśmy zdjęcia sobie, razem, codziennie po jednym. Na każdym z tych zdjęć widać, że jesteśmy na swojej Drodze i że jesteśmy szczęśliwi. Nie spoglądaliśmy (prawie) w „ekraniki”. Szliśmy z mapą.

Co z tego wyniknęło dla nas, dla mnie? To z pewnością niedługo się okaże. W drodze pojawiały się pytania, te ważne. Mieliśmy każdego dnia różne intencje, myśleliśmy o różnych osobach.

Na dziś wiem, jak ważne jest, by wyrwać się z rutyny własnego, narzuconego sobie, lub czasem narzuconego przez otoczenie tempa. Zrobić wiele głębokich oddechów idąc, siadając, znów idąc. Patrząc, zatrzymując się, delektując się powoli mijanym pejzażem, powietrzem pachnącym mokrą zielenią. Ta Droga zaczęła się i trwa. W nas.

A teraz ćwiczenie plastyczne, trochę trudne 😉

1. Stwórz obraz, który zatytułujesz „Droga”. 2. Maluj bez przedstawiania drogi jako takiej, nie symbolizuj, nie ilustruj. 3. Pomyśl czym jest Twoja droga życia i zobrazuj jej ideę. 4. Zacznij od narysowania na papierze swobodnymi ruchami (pisakiem lub kredką) różne splątane, przecinające się linie. 5. Potem maluj na tych liniach farbami plakatowymi lub temperami. Porządkuj przestrzenie plam i linii kolorami. Szukaj kolorów „nieoczywistych”, nie maluj kolorami prosto z tuby lecz mieszaj kolory ze sobą. 6. Zobacz jak ze splątanych linii (życia) może powstać harmonijna kompozycja.

11101873_1030219840346476_9207172490728195430_n

Ostatnio z grupą Akademii Iluminatornia tworzyliśmy razem abstrakcyjny wielki obraz putty download , dla którego punktem wyjścia były splątane linie. Tworząc najpierw wiele linii stopniowo je potem porządkowaliśmy kolorami.

Tak też jest kiedy ruszamy w drogę idąc pieszo: splątane, naprędce stworzone linie stają się konstrukcją dla obrazu całej drogi. Z wielu kierunków wyłania się droga, z wielu nitek, spójna kompozycja, całość.

Wędruj i maluj!


 Jeśli interesują Cię połączenia między życiem a sztuką ZAPRASZAM.